count

Time passed:
3
3
8
8
0
0
Dni
1
1
3
3
Godzin
4
4
1
1
Minut

Teksty Dyktand

RYMOLIRYKTANDO 2011

 

DYKTANDO L.U.C "SŁÓWSKAZANIECNA"

Doprawdy,
miriady, hordy, nawet może hiperotchłań dni,
wprzód krzta szyku fraz chłonie mnie jak tłuszcze grill,
jak do brudu muchy mordę, jak PKP do podłużnych chwil –
tak ja garnę się do sylab, by w bój bujać je jak Egipcjan Nil.

Ci porządni, tamci superżądni – ubóstwiają blichtr,
a mnie uciechą rymu kształt i trzon, i entourage, i
jak hojne Mazowsze ma zorzę, co lśni –
tak jawnie ja w niebłahym worze
chyżo wożę słowa w sobie jak uncję krwi.

Kiwi ma miąższ, żądło wąż, a ja mój wzorzec
obietnic hardych z glin;
kto łamie je wciąż, tego do Zbąszynka wożę,
by strzygł wyżłom i kszykom brwi –
bo jakżeby to tak lekceważyć je niby prukwy strużki drwin.

Tembr słów mi droższy niż kanclerza kwit,
niż w piłce gole Citki i Baby-Jagi mit –
jak nitki krwi tkwi mi w żyłach to, jak w świni kwik,
jak po ujściu z babci bibki bitki w żołądku i naleśnik.

Słowo wielokrotnie to sto stempli głębi;
żonglerzy gębą mielą, jak metrampaże łamią je od ręki.
Nie jestem Arielu bielą, pruję je też, lecz głównie do bitu pętli, rzadko – by inni z rozczarowania więdli.

Niedotrzymywanie słów jak uryny
stęchły kwas w sobie kłębi,
inkoherencja świerzbi jak trąd bloki – gnębi to mnie, mdli.
Swe hasła waż więc jak hantle, bo to hopsztośne pręgi –

Tara Jerzy, myśląc tak i żnąc raz pszenżyto wszerz, zauważył naraz dwa marsjańskie kręgi.
Tedy ufolud wyszedłszy zza chaszczy, mając dres kresz, rzekł im przez wytrzeszczone szczęki:

– Dziczejecie i dziczejecie,
fast food, metatonii bełkot, chędożenia jęki.
Gzicie się i pniecie, lecz tylko słowności smak
i miłości znawstwo różnią was od innych wędlin.
Strzeżcie słów jak stróż bitego bmw! Nie dziczejcieżże!

 

DYKTANDO DR HAB KATARZYNY KŁOSIŃSKIEJ

"ARCYKOSZMARY NIBY-PÓŁBOŻKA"

 

Zmorzony (a jeszcze przed półgodziną superrześki) po ponadtrzyićwierćgodzinnej przebieżce haski hodowca psów husky, pół charcząc, pół rzężąc, padł zmożony snem na przyprószoną okruszkami biało prążkowaną megakarimatę rozłożoną na gołoborzu przy białokwietnej, obfitej rzeżusze. Ledwo wpadł w objęcia Morfeusza, a już ujrzał chór hurys hurmą piejący w churale niby-chorały. Rozmarzył się, oj, rozmarzył, ale wnet usłyszał głos swojego superego: „Ty heretyku! Wymaż z pamięci te bezeceństwa, bo inaczej, dalibóg!, skażę cię na hipermęki z rąk babochłopa herod-baby – tak cię ukarzę!”. Strwożony hażanin wypił haustem półkwaterek ohydnego zajzajeru i wpółsflaczały na powrót padł na pseudołoże i w okamgnieniu zasnął. Tym razem śniło mu się, że ćwiczy w Ad-Dauże [popr. też: Ad-Dausze] hatha-jogę, by wypłukać z krwiobiegu niebetaaktywne beta-blokery i nie musieć handryczyć się z cierpiącą na nieustanną chandrę podstarzałą beksą-lalą, z którą niechybnie miał się chajtnąć.  Naraz poczuł nieodparty ultrażal do tego łez padołu za horror, który  przydarzył się jemu – niebiesko- i pięknookiemu cherubowi: gdzież tej gruboskórnej eksżonie motorniczego dwudziestkipiątki, umiejącej jedynie prużyć ryż, do, co prawda, psubrata i oczajduszy, ale jednak półbożka! Ocknąwszy się, jeszcze ćwierćprzytomny, żachnął się na swą niedolę: nasamprzód ją zelżył, czym przynajmniej sprawił, że gniew zelżał, a potem znów położył swą rzyć na swym quasi-piernacie.

 

 

 

RYMOLIRYKTANDO 2012

 

DYKTANDO ŁUKASZA L.U.C ROSTKOWSKIEGO

 

Mikrotortur mur runął,

chochliki fig i tortów wór suną, 

bezlik sortów fur górą.

 

Jak świt z fiordu odfrunął

Szuflandii tołumbasowy rytm.

 

Wolności dzidzi wolno ścibać więcej,

więc wisielcami nasamprzód Polacy wrzeszczą wielce. 
Jak homo erectus na żubrzątko półwidelcem
niechybnie polują, szmatą i banerem byczym, by czym prędzej
jak Chryste wodę w wino – w Kingsajz przekształcać nędzę

 

Wtem panie Madzie w sekretariacie

jak super-Polki w Pudwągach, w Juracie,
co krztę Słodowego w żyłach dzierżą po tacie,
banerek już same dziubią żartko na szmacie.
Szef wiesza na dziko na płocie jak gacie
i żebrze designem na litość w zasadzie. 

 

Haseł żonglerka: żniwiarze tłem żądzą, 

rażą żorzan, żninian, żoliborzanie klną. Co
krok żerowiska żarzą w oczy, żgają drwiąco. 
Niechże to żołędziogłowce chyżo trącą! 

 

Wstyd, że tak chytrze 

chłamem ohydztw hochsztaplerki wytrzeszczony
tramwaj się w szyny wrzyna i trze
nami o skrzyżowań hafty ultraliczne.
Bloki od pisanek stęchłych przykrzejsze, 
ulice jak wnętrze knyszu coraz brzydsze.

 

Patrz!

Reklamy żółtopióry hiperszaszłyk arterie skradłszy, 
już wsie żyrzyńskie zeżarł trzy,
a zżarłszy już, znowuż żwawszy –
jak siemię kał czyni ład rzadszym.
Bez kitu! Beskidów korona drży
od nieadiustowanych druków chaszczy – 

miszmasz ponad Szczyrk. 

Czemuż tylko nad Wisłą tyle tandety plusków?
Europa u stóp, a Polska znów z chrustu.

A gdyby tak do szkół estetykę? Ocalić ciut mózgu?

Przepisy z proszku ulepić w muskuł,

bo wszystko już Kingsajz, prócz smaku i gustu

tako żacham się!

 

DYKTANDO DR HAB KATARZYNY KŁOSIŃSKIEJ 

 

– Dzieńdoberek! – wrzasnął do watahy osiemnastoipółlatków zhumanizowany wuefista, skądinąd ułanbatorczyk, urzynając co nieco półgęska. – Jako żem wpółżywy po nie lada remedium przeciwgośćcowym, to nie każę wam współzawodniczyć w  pingpongowym przedmeczu, za to doprawdy marzę, iżby dowieść wszechpotęgi łódzkiej filmologii, nienadaremnie zwanej gdzieniegdzie filmoznawstwem wszech czasów. Tak jak nasiona okrytonasiennego, wiatrosiewnego mikołajka rozsiewają się w wietrzne przedpołudnie, czmychając niby białorzytka białogrzbieta, tak wieści o chwale środkowopolskiej Alma Mater, oplótłszy nasz nadbałtycki  kraj wszerz, przemierzają go teraz wzdłuż… [może być też kropka] Ale co to za śmichy-chichy?! – niby-belfer parękroć spojrzał spode łba na hurmę chachających się huncwotów. – Mój spicz [też: speech] to nie hocki-klocki ani findesieclowy wszystkoizm, tylko megaserio ekstrawykład, toteż cicho sza! [może być bez wykrzyknika] Jeśliby którykolwiek z was wywinął jakiś szacher-macher, byleby przedzierzgnąć się w aktora, to i tak by był co najwyżej [co najwyżej może być wyodrębnione przecinkami lub myślnikami, ale nie musi] histrionem, co to nie umie wykreować byle chachara w wideoklipie [też: videoclipie]. Choćbyście się w czwórnasób zarzynali, to  ogólnie dostępna uczelnia dla was okaże się niedostępna –  azaliż nie kształci ona tylko pupilów Melpomeny?  [Azaliż… może być osobnym zdaniem, po kropce]

 

RYMOLIRYKTANDO 2013

DYKTANDO L.U.C

 

Na jednym z okołokrakowskich wzgórz
żyli babcia gołąb i pół-Abchaz Janusz.
Wtem baba z podbrzusza rzekła, tnąc brzęk głusz:

 

Supersamy sfilistrzały rżną rząd biednych dusz.
Choć mży, dżdżysty dżdżu sfruńże i ku
żywemu Kleparzowi rusz w ekopodróż.
Ani imieniny już tuż-tuż,
kup Ani suszki róż bez róż,
animuszu do Ani uszu ani rusz.
Januszu, ty mi się tu nie nuż,
kup niskotłuszczowy wątłusz, a nuż
okruszki, prósz i gruszki, nóż, nóżki kurze,
i ciuszki, plusz, czuszki kruż, kapciuszki duże,
rzeżuszki busz, pieluszki, tusz, paluszki, kuszę.
Cóż, że kałuże? Nie tchórz, rusz obunóż,
ubierz żupan z półkontuszem.

 

Wynurzył się już zmierzchu wierzch,
staruszka w „Ojca Mateusza” jak w pacierz
wpatrzona prze wciąż: może kupże też
rzeszoto, warząchew, po przetak śpiesz.
Zmierz dres kresz wszerz, nie spesz się, że beż.
Jeżyny o płożących pędach bierz,
pierzyny o żarzących kłębach odmierz.
Jerzy ma superpierze - wiesz.

 

Dziadzio zaś obok nie żachał się, nie psioczył,
na wątłuszu już w drzemki półsen zboczył,
strzelał z obrzynka, w morzu żuchwę moczył,
na plaży plótł zorze z niewieścich warkoczy.
Babcia brechała do ekranu, aż gorzki morał wkroczył:
"Gdy mówisz do człowieka, patrz w jego oczy".

 

 

RYMOLIRYKTANDO 2015

DYKTANDO L.U.C

 

A bosman szpilką zagiął maszt
i zaklął naprzód horda

Hej żeglujże żeglarzu hen z Zegrza żuj
nurty mórz burty nóż w prósz strużki wód pruj
oszeklujże do wojażu rufy hiperzgrzany znój
nurzaj w bój rzek aż ujrzę mój kaszubski rój

wachty czyń knechty miń zwiń jakubek rzuć chyżo
by na jut rogali win grusz z ogródka wtachać rząd
gdy przekrzyw ruszy nasz wysztauowany arymaż/ ekwipaż
rumu dójże haustem na bukszpirze kurs balansu masz

Nam Bóg sprytu od bukszprytu dał tuż po pawęży fałd
z kambuz przysmażonych rai bieług prażm uklei ciał 
gdy fasole rzyć w busole w hiwy bucha niby szkwał
każdy hardy eksmarynarz morką zdarte pludry miał 

 

gdy genuy nam wybrzuszał raz bombramżaglowy strzał
huncwot Rafał żartował i zeżarł z kontrafału fał
wezyr węzły wklęsłe zęzy hysliny juzingi rwał
tęsknot więzy grozy kęsy szacher-macher wątłych ciał

marynarze niezmożeni [też: niezmorzeni] są jak białorzytki stadne
rozprzy trzask hurmy huk hyslin jęki chandry żadne
już dwudziestotrzyipółlatkowie znają wichrów jad
choć prukają harmatanem nie rzucają słów na wiatr

 DYKTANDO DR HAB KATARZYNY KŁOSIŃSKIEJ

 

Wynurzenia blogerki

 

Poniedziałek

Po kiego czorta mi ten niby-pamiętnik?! A żebyż szlag trafił tego wszechpolaka, arcymistrza hatha-jogi, a tak naprawdę hochsztaplera psubrata, który mnie wciągnął w to szubrawstwo! Bloguję już od pozawczoraj i zaledwie paręnaście razy mnie zhejtowano i raz polubiono.

 

Wtorek

O, wieszczko! Rzezajże w rzewliwych słowach jak w jasnozielonym chryzoprazie, szlifujże je niby złotożółty heliodor, rzeźbże żarzące się arcypoematy i durzże nimi dusze wielusettysięcznych ludzkich rzesz! Dążże do miriatysięcznych polubień!

 

Środa

Wrzuciłam na bloga zhologramowaną aerofotografię, można by rzec: landszaft. W burzanie buszuje, żując zboże, około dziesięciomilimetrowy/10-milimetrowy omrzel. Opodal w drobnoziarnistym piasku nurza się ciemnobrązowy nurzyk, a burzyk o matowoczarnym dziobie łowi bystrzyki. Obok żeruje skądsiś przybyły wpółżywy dzierzyk pstrogłowy, a przy nie nazbyt zszarzałym kurzeniu rzępoli na złóbcokach, znużony kośbą, mużyk w rubasze, rzeźwiony rześkim powiewem chamsinu sponad nieważkiego cirrocumulusa. Uff! Ponaddwukrotnie więcej hejtów [też: hate’ów].

RYMOLIRYKTANDO 2016

Dyktando L.U.C


Na chabrowo-hortensjowych chaszczach w mikropałacu
wśród łasuchów i juhasów i hałasów na kacu

króla na pagórach pana chanów nuworyszów czuchów baców
żyło chuchro w chutorze chude jak arkusz z forzacu

Wyżeł Jerzy króla wszech wież
miał żył nieżyt sążeń mierzył
nie żarł jeżyn szczerby szczerzył
lecz i balwierz w zwierzę wierzył

 

bo na słowa pierzchał w cebrzyk
wierzgał w piegżę tachał wodę z Biebrzy
posłuszny żołnierzyk nawet żuł merzyk
równy druh jak lewellerzy

król rzesze mamił że da rzeszoto rzeżuszki

przetaki i dróżki a słał prószki i pogróżki
na zaś znowuż parzenicy strużki
przyrzekł łotrzyk dał żętycę i znów w nóżki

W końcu mocarz zażyty dintojry kulą huknął wrzask krzyk
i porzekadło rozpierzchło się po górach jak mrzyk
o wyżle co mimo że znał słowa trzy na krzyż
słowniejszy był od króla co miał ich teatrzyk

 

Dyktando

dr habKatarzyna Kłosińska 

W średnio nasłonecznionym niby-kurorcie polskiego Wybrzeża  przemierzał z wolna  wzdłuż i wszerz lekko strome wybrzeże rektor elekt nowo powstałej akademii kształcącej  pingpongistów. W swej codwutygodniowej przechadzce inhalował szybkimi haustami jod i wcale nie tęsknił za Quebekiem, mimo że widział tam miseczkowatokształtną kutstrzebkę i wodożytkę nowozelandzką. Ni stąd, ni zowąd spod nadbałtyckiego piasku wychynęło jakieś nie wiadomo co – ni to nitośruba, ni to nitowkręt – które przypominało mu (nie wiedzieć czemu) wodorzyg usytuowany pod mostem na Rzece Świętego Wawrzyńca. Przeraził się, gdyż z kanadyjskim rzygaczem związana była złowroga wieszczba – żacy niechybnie mieli hurmem opuszczać jego uczelnię. Jeśliby nawet się ona  nie ziściła, to adeptów ping-ponga na pewno będzie mniej niż chromosomów w haploidzie – myślał, drżąc i pocąc się ze strachu, magnificencja, a coś mu podpowiadało: „Weźże urzyn i po prostu palnijże sobie w łeb!”. „No! – pomyślał rektor – Wówczas chybabym rządził z zaświatów,  jakżeżby inaczej! Znikądinąd by się nie dało!”